Ozdób nigdy za wiele

Po lunchu czyli ryżu z fasolą ndengu ruszamy do Mamy Soili. Wreszcie zanoszę drobne podarunki. Siadamy rozmawiamy. Mama chce mam podać lunch mówię jednak że chciałybyśmy by poszła z nami do Mamy Linet zamówić ozdoby. Mówi że mamy dać jej chwilę na kąpiel i możemy ruszać.

Idziemy za domem Mamy Soili dalej w dół. Droga jest cudna a pogoda także dopisuje.

U Mamy Linet standardowo najpierw dzielimy się historiami z życia a potem przystępujemy do biznesów 😉 zamawiamy bransoletki, naszyjniki i kolczyki. Mama Soila wszystko tłumaczy.

Po niedługim czasie ruszamy spowrotem do domu.

Wracamy do domu i pob chwili ruszam do Mamy Soili zanieść pieniądze na zakup koralików.

Uwielbiam tę drogę. Mama Soila mówi że muszę choć wypić herbatę. Rozmawiamy i żartujemy. Wychodzimy gdy jest już zupełnie ciemno. Mama mówi, że spokojnie widać gdzie iść bez latarki. Rzeczywiście księżyc i gwiazdy tak świecą że czasem widać i cienie. Mama odprowadza mnie do ogrodzenia kościoła Pastora Gideona. Dalej droga jest bardzo mało widoczna więc zapalam światło w komorce i ide do szkoły. W kuchni trwa mała imprezka – dwaj kucharze i matrony jedzą przy dźwiękach bardzo enerhicznych rytmów. Mówię dobranoc i idę do domu. Dziś na kolację matoke – ugotowane plantany z dynią i ziemniakami, a potem tłuczone. Jemy to razem z naszą wczorajszą kolacją. Padamy więc zaraz idziemy spać.

Dodaj komentarz